przeprowadzki c.d.

Udało się jakimś cudem! Przeprowadziliśmy się w sobotę, kilka rzeczy jedynie do zabrania zostało na niedzielę.
W sobotę było ogromne zamieszanie, bo my z małżem pojechaliśmy przewieźć już kilka rzeczy a w tym czasie przyjechała do starego domu brygada znajomych, żeby pozbierać meble i kartony i zrobili takiego zamieszania, że masakra. nie pytali, co wynosić, gdzie wynosić, tylko wszystko na hurra!. Dlatego teraz mamy trochę problemów natury technicznej pt. gdzie są czyje rzeczy ;)

W dodatku mam trochę niezdatną do użycia kuchnię, w której brakuje szafek - na razie korzystamy z kuchni teściowej. W dodatku w sobotę po przeniesieniu lodówki w inne miejsce w mojej kuchni w piwnicy i po podłączeniu jej, lodówka wydała radnosne "phhhrrhhhhhhh puh!" i przestała działać :>. Dzisiaj małżowa babcia załatwiła nam od znajomego jakąś lodówkę, i właśnie małż z teściem męczą się z wynoszeniem starej lodówki...

Pół domu jest już rozpakowane, ale i tak jeszcze sporo rzeczy (zwłaszcza naszych) jeszcze w kartonach. No i nasza piwniczna izba z aneksem kuchennym jest istnym pobojowiskiem, na którego środek zostały wrzucone meble... i tak sobie na razie stoją.
Grunt, że w końcu wysprzątałam dzisiaj łazienkę... (żeby nie było, jeszcze jest jedna na górze, niestety wspólna z teściami, i wc na parterze, ale jednak co swoja łazienka to swoja łazienka)

W ogóle to myślę, że przeprowadzka tydzień przed świętami jest fenomenalnym pomysłem! (a echo na to "mać... mać...... mać.......")

remontowo-przeprowadzkowa masakra

Miałam pisać o tym wcześniej, ale najpierw cała przykra sytuacja z babcią, a później chroniczny brak czasu sprawiły, że piszę szybciutko teraz. Tak pomiędzy pakowaniem jednego kartonu a drugiego ;)

W listopadzie teściowie kupili tzw. town house, czyli chałupkę w szeregowcu. W końcu! Bo do tej pory wynajmowali cały czas i nareszcie teściu doszedł do wniosku, że chyba mamy rację, mówiąc, że to się zupełnie nie opłaca, żeby komuś kieszeń nabijać. Zwłaszcza, kiedy okazało się, że za kupioną chałupkę opłaty będą dużo niższe niż za wynajem :>. A powierzchnia mieszkalna bardzo zbliżona. W dodatku wyprowadzamy się z Toronto do miasta obok, co wiąże się z tym, że będziemy mieć mniejsze opłaty za prąd i podatki :]
Oczywiście cała akcja kupowania domu została okraszona marudzeniem teściowej, że ona się nie chce wyprowadzać, a już zwłaszcza z Toronto (tak jakby jej to najbardziej przeszkadzało, bo to ona, a nie ja, będzie zamiast 10 minut do pracy dojeżdżać teraz w 45 minut do godziny ;) ). Nie była ani raz obejrzeć domów do kupienia, no głupia pipa, bo ja bym nie pozwoliła, żeby mąż beze mnie dom kupował :>

W każdym razie pewnej pięknej niedzieli, tydzień po podjęciu decyzji o szukaniu domu, dostałam wiadomość, że teściu ze szwagrem znaleźli fajny domek, dość tani i już złożyli ofertę. Po 4 godzinach dostaliśmy odpowiedź od gościa z agencji nieruchomości, że oferta została przyjęta i teraz już tylko papierkowej roboty trochę, ale dom jest nasz. I wtedy się zaczęło...
Najpierw były problemy z bankami, chociaż wszystko wcześniej było załatwione, później kretyni z jednego banku przesłali czek z kasą na pierwszą wpłatę już na nowy adres i trzeba było wszystko odkręcać, bo zostały 2 dni do uregulowania płatności, później coś tam jeszcze. Dwa dni przed odebraniem kluczy bank zadzwonił, że nie dostaniemy pożyczki na dom, bo się nie mogą doliczyć u teścia w podanych dochodach sumy pieniędzy równowartej niecałemu tygodniowi jego pracy w ciągu roku :>. Oczywiście nerwy, telefony od szefostwa, itp. To nic, że przez 1,5 miesiąca było mówione, że oczywiście pożyczka jest przyznana i nie ma najmniejszego problemu...
W końcu po telefonach i innych takich udało się wszystko załatwić, podpisać odebrać klucze, chałupa nasza.
Teściu zabrał swoją żonę, żeby jej pierwszy raz pokazać nowy dom, po czym okazało się, że poprzedni właściciele jeszcze do końca się nie wyprowadzili, bo dzień wcześniej, kiedy mieli wszystko przewieźć, starszy pan właściciel miał problemy z sercem...
Wieczorem podjechaliśmy z mężem zobaczyć na własne oczy w czym problem, bo słysząc co mówi rodzina, to tam miała być sodomia i gomoria ;). Fakt, było kilka mebli i sterta śmieci przed domem, ale było też kilka osób, które to wszystko wynosiły. Nie wiem skąd ta panika. No ale moja przybrana rodzina jest dziiiiwna.

Za to ja lekko panikowałam w pierwszym dniu, jak zobaczyłam dom. No wtedy, wieczorem, to on za dobrego wrażenia nie robił. Zwłaszcza jak zobaczyłam, że absolutnie w każdym pokoju, kuchni i łazienkach ściany ozdobione są dekoracyjnymi paskami z tapety. Dekoracyjne paski są moim faworytem w każdych okolicznościach :>
No i widać było, że dom nie był remontowany przez ostatnie 20 lat ;).
Później z każdym dniem było coraz lepiej, a zwłaszcza z każdym zdrapanym kawałkiem tapety (a by ją szlag trafił, bo to wszystko ja zdrapywałam), a już w ogóle z każdą kolejną warstwą farby. 
Teraz domek wygląda naprawdę fajnie, zwłaszcza po tym jak wymalowałam szafki kuchenne i schody :]. Mnie to się w ogóle nie powinno zostawiać samej z farbą i pędzlem, bo cały dzień siedzę, maluję i cieszę się jak głupi do sera. Określiłam to hasłem: "Zawsze wiedziałam, że będę malować, tylko nie wiedziałam, że schody" ;)
A teraz się pakujemy. O kurcze, skąd mi się tyle tego wszystkiego nabrało... Pakuję karton za kartonem i widzę, że jeszcze w cholerę do zapakowania.
Główna część przeprowadzki zaplanowana na jutro. Byłam przekonana, że później będzie czas, żeby trochę posprzątać w opuszczonym domu, a tu wczoraj się dowiedziałam, że teściu umówił się na oddanie kluczy na niedzielę na 4 po południu. Cycki, bo ręce - to za mało powiedziane, opadają...

Aaaaa a z pierwotnej wersji domu zachwycało mnie jeszcze jedno. Cały dom był wymalowany na brudnobiało, oprócz dwóch pokojów, które to pokoje przypadły w przydziale mnie i małżowi memu.

tu już jeden pokój w trakcie remontowania, oraz na kolejnym zdjęciu będzie mój absolutny faworyt. Zdjęcie cyknięte w pierwszy wieczór, widać  na nim te śliczne paski ozdobne i kolor ścian. Dodać trzeba, że na świecie jest tylko jeden kolor, którego naprawdę nie lubię...


No to tyle z pola boju, wracam do kartonów

Umrzeć - tego nie robi się kotu...

Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.


Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.


Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.


Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.


Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.

(Wisława Szymborska)

-----

W tym tygodniu wpisy miały być o remontach, przeprowadzkach, a tymczasem znowu wyszło inaczej, tylko dlaczego aż tak inaczej?

Właśnie dzisiaj straciłam... straciliśmy jedną z najbardziej niezwykłych osób, jakie dane mi było znać. Ba! być jedyną biologiczną wnuczką spośród dziesięciorga wnucząt.
Dzisiaj rano babcia znowu wykazała się swoją siłą woli, szkoda, że w taki sposób. Odkąd pamiętam, babcia zawsze mówiła, że nigdy nie będzie chciała być od nikogo zależna, nie chce, żeby się trzeba było nią opiekować. Dała się rodzinie zająć sobą tak naprawdę w 100% przez 2 tygodnie... Niesamowite, jak szybko wredny "zwierz" potrafi pokonać tak silną osobę.
Oczywiście, zawsze wiedzieliśmy, że babcia nie jest wieczna, ale jednak praktycznie do końca, przez 91 lat, była silną osobą, najsilniejszą, jaką znałam, stąd jednak jest to szok dla wszystkich.

To babcia zaszczepiła w nas miłość do gór, przyrody, książek, ludzi. Przekonała nas, że trzeba mieć otwarty umysł i chcieć żyć pełnią życia.

Świat stracił wyjątkową osobę, której życie nie oszczędzało, a jednak zawsze była pełna optymizmu, którym zarażała wszystkich wokół.

Będzie jej tak strasznie, okropnie brak.


Tak, tego nie robi się kotu, a co dopiero kilku kotom, i psu, i kurkom też...

Śpij spokojnie, babciu

halo? halo? żyje tu kto? ;)

Jakoś tak listopad śmignął mi przed oczami, razem ze swoją szarością, przynoszącą właściwie same problemy i stresy, plus ociupinkę radości. Ale generalnie nie lubię listopada i listopadowej jesieni, bo jest bleee i w ogóle nie fajnie i depresująco.

Niedługo (być może w piątek) opiszę akcję pt. kupowanie domu przez teściów, a jest co opisywać. po całej tej sytuacji mam ochotę powiedzieć, że ja nigdy domu tutaj nie kupię, chociaż patrząc na stan mojego konta, to nawet nie muszę o tym mówić ;)

a tymczasem piosenka dedykowana teściowej :]